Archiwa tagu: miłość

Ta siła…

Ta siła, która przez zielony lont prze kwiaty

Ta siła, która przez zielony lont prze kwiaty,
Prze mój zielony wiek; ta, co rozrywa korzeń,
Jest niszczycielką moją.
I tracę głos, gdy mam mówić skręconej róży,
Że młodość moją gnie ta sama febra mrozu.

Ta siła, która prze wodę na wskroś przez skały,
Tłoczy moją krew; ta, co wysusza rzeki,
Krew moją zmienia w wosk.
I tracę głos, gdy mam powiedzieć moim żyłom,
Jak piły z górskich wód usta, którymi mówię.

Ta ręka, która w wir wprawia wodę w kałuży,
Podnosi lotny kurz; ta, która wiąże wiatr,
Ciągnie mój czarny żagiel.
I tracę głos, gdy mam mówić powieszonemu,
Że z mego ciała kat uczynił swoje wapno.

Przylgnął wargami czas do tryskających źródeł;
Miłość nabrzmiewa, lecz opadająca krew
Uspokoi jej ból.
I tracę głos, gdy mam wiatrowi opowiadać,
Jak wielki zegar gwiazd wybił godzinę nieba.

I tracę głos, gdy mam mówić zmarłej kochance,
Jak pełznie w pościel znów ten sam skręcony robak.

Dylan Thomas
tłum. Stanisław Barańczak

The force that through the green fuse drives the flower

The force that through the green fuse drives the flower
Drives my green age; that blasts the roots of trees
Is my destroyer.
And I am dumb to tell the crooked rose
My youth is bent by the same wintry fever.

The force that drives the water through the rocks
Drives my red blood; that dries the mouthing streams
Turns mine to wax.
And I am dumb to mouth unto my veins
How at the mountain spring the same mouth sucks.

The hand that whirls the water in the pool
Stirs the quicksand; that ropes the blowing wind
Hauls my shroud sail.
And I am dumb to tell the hanging man
How of my clay is made the hangman’s lime.

The lips of time leech to the fountain head;
Love drips and gathers, but the fallen blood
Shall calm her sores.
And I am dumb to tell a weather’s wind
How time has ticked a heaven round the stars.

And I am dumb to tell the lover’s tomb
How at my sheet goes the same crooked worm.

Dylan Thomas, 1914 – 1953

Urodziny…

Marzenie
Marzenie

Wróciłaś z pracy, otworzyłem ci drzwi, pomagam zdjąć kurtkę, uśmiechasz się. Stoję za tobą, obejmując cię ramionami, wkładam moje ciepłe dłonie pod bluzkę, masuję twój brzuch, napieram delikatnie, popychając cię w kierunku zamkniętych drzwi. Moje dłonie, uwolniły twoje piersi z więzów stanika. Masuję je, delikatnie, lecz zdecydowanie, podszczypuje twarde już sutki. Czujesz mój podniecony oddech na szyi. Odpinam guzik spodni, rozpinam zamek. Wkładam moją dłoń pod twoje majtki, twoje włoski cudownie pieszczą skórę. Palcami sprawdzam stopień twojego podniecenia. Jesteś wilgotna, ciepła, uginasz nogi, rozchylając delikatnie uda, wpuszczasz moje palce do swojej cipki. Cicho wzdychasz gdy wchodzą. Całuję cię w szyję. Odwracam cię plecami do drzwi, klękam.

Czuję zapach twojej kobiecości. Spuszczam twoje spodnie do kolan, ściągam majtki zębami. Moje dłonie masują twoje cudowne pośladki, zatapiam moje usta w twoim kroczu, czuję twoje dłonie ma mojej głowie, przyciskasz moją twarz do swojej cipki. Wpycham język, jak mogę głęboko, zmierzam wyżej, biorąc w usta twoją łechtaczkę. Język i trzy palce w twojej pochwie, synchronizuje pieszczotę. Jęczysz i coraz szybciej oddychasz, uwolniłem cię od spodni i majteczek, stoisz w delikatnym rozkroku, oparta o drzwi, poddajesz się moim pieszczotom. Opuszkami palców masuję twoje łono, by po chwili, zatopić w nim swoje usta. Uwielbiam jego smak, zanurzam język, głęboko, palce pomagają zwiększyć twoje doznania. Lubię muzykę twojej rozkoszy, jęki i przyspieszony oddech. Jestem podniecony, erekcja staje się bolesna. Wstaję z kolan, szeptem, z dłońmi na twoich piersiach, wprost do ucha mówię ci, że mam na ciebie straszną ochotę. Uśmiechasz się, rozpinasz zamek moich spodni, dotyk twojej dłoni wywołuje dreszcz. Odwracasz się do mnie plecami, stoisz oparta o drzwi. Dłonią pomagam penisowi znaleźć drogę do twojej cipki, wchodzę powoli, aż po nasadę, wycofuję i powtarzam. Trzymam mocno twoje biodra, powoli przyspieszając, szukam przyjemnego dla nas obojga rytmu, słuchając twojego oddechu. Pchnięcia stają się coraz mocniejsze i szybsze. Zwalniam na chwilę, lewa dłoń pieści twoją łęchtaczkę, prawa szypie i masuje sutki. Znów przyspieszam, jesteś już blisko, oddychasz coraz szybciej, spinasz się jak kotka. Głośniejszy jęk i dreszcz, chwilę później, zraszam deszczem spermy twoje pośladki… Teraz możemy iść pod prysznic…

I JEDEN ATOM POWIETRZA ZNÓW DWOJE…

image

…I jeden atom powietrza znów dwoje
naszych spokojnych ust sobą obdzielił,
i jeden spływa na dwie nasze głowy,
obok leżące, promień księżycowy,
i dziś my razem, znów razem oboje,
o czym śnić wczoraj bym się nie ośmielił…
Przed własnym szczęściem tak zdumiony stoję,
jak by mi nagle przed stopą wystrzelił
słup ognia – i szedł w niebieskie sklepienia,
i stał się niebu filarem z płomienia…
Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Miłość jak otwarcie oczu…

Chmury

Miłość poza miłością,
ponad rytuałem związku,
poza nieszczęsną grą
bycia razem i osobno.

Taka miłość, co nie potrzebuje powrotu,
ale rozstania również nie.
Miłość wolna od nagłych zrywów
chodzenia tam i z powrotem,
wołania lub milczenia,
jawy albo snu.

Miłość po to, żeby być
albo nie być razem,
ale także dla wszystkich stanów pośrednich.

Miłość jak otwarcie oczu.
I może też jak ich zamknięcie.

Roberto Juarroz
tłum. Marta Eloy Cichocka

Jak chwile, których szkoda…

IMG_20151009_111856

Chwila

W złoty,upalny,cichy południa czas
W kwitnącym sadzie poiła studnia nas.
Piliśmy zimną wodę
Z czerpaka na ochłodę.

Potem patrzylim w mszystą krynicy głąb,
Skąd wiał nam w twarze chłodnej ciemnicy ziąb:
Na dnie dwie nasze głowy
Tłem miały sad wiśniowy.

Wtem,jeszcze głębiej,zza kwietnych krzaka drżeń,
W przelocie mignął pierzchliwy ptaka cień.
Podnieśliśmy wzwyż oczy
Ku modrej nieb przeżroczy.

Ptak znikł,jak zniknie młodość i wiosny czar…
Spjrzelim sobie w oczu miłosny żar…
Dzwoniła w studni woda…
Jak chwile,których szkoda…

Leopold Staff

Chwila między chwilami, przelotne spojrzenie…

Piękno natury...
Piękno natury

Skrawek burzy

W mieście cieni i kopuł wleciał ci do pokoju
Płatek śniegu, jednostka zamieci, nieważki,
I osiadł na poręczy fotela, w którym siedziałaś.
Unosząc wzrok znad książki, ujrzałaś go, gdy opadł.
To wszystko. Nic poza tym. Jedynie hołd dla mgnienia,
Chwila między chwilami, przelotne spojrzenie
I odwrócenie uwagi, pogrzeb bez kwiatów.
Nic więcej. Prócz uczucia, że ten skrawek burzy,
Obróciwszy się w nicość, powróci i że kiedyś,
Po latach, ktoś, siedząc tu jak ty teraz, powie:
Już czas. Powietrze gotowe. Niebo się otworzyło.

Mark Strand
tłum. Agnieszka Kołakowska