Archiwum kategorii: Wiersze

W mroku gwiazd, nokturn…

loading...

Las płaczących brzóz
śniegiem osypany,
pościnał mi mróz
moje tulipany.
Leży u mych stóp
konająca mewa —
patrzą na jej trup
zamyślone drzewa.
Śniegiem zmywam krew,
lecz jej nic nie zgłuszy —
słyszę dziwny śpiew
w czarnym zamku duszy.

Tadeusz Miciński

Z erotyków (Jam cię kochał całą…)

Jam cię kochał całą mą istotą,

Całym ogniem mych czerwonych żył,

Całą życia szaloną ochotą,

Pulsowaniem wszystkich moich sił.

Wszystkich nerwów sennem rozmarzeniem,

Wszystkich pragnień słodkiem pokuszeniem,

Wszystką mocą, com w twych oczach pił!
Gdym przy tobie cały drżący klękał,

Dreszcz przenikał mię od stóp do głów

Tak rozkoszny, żem się nieraz lękał,

Że już nigdy nie powróci znów!

Taki czar był w tej nieznanej sile,

Że pragnąłem nieraz lec w mogile,

Nim się spełnią jawy moich słów.
Jakiś prąd obiegał elektryczny

Ciała mego najtajniejszą treść;

W jakiś sen wpadałem letargiczny,

Gdy się jęła dłoń twa z moją pleść;

Gdy — porwana pragnień błyskawicą —

Gdy — bezwładna sennych mar tęsknicą —

Wołałaś mi: Luby, pieść mię, pieść!
Antoni Lange

Ścieżka…

Modlę się żeby go nie ogłoszono świętym
nie malowano
nie wytykano palcami
nie ośmiecano życiorysem koniecznym i niepotrzebnym
bez fotografii tak dokładnej że nieprawdziwej
bez reklamy śmierci
bez wiary wygładzonego szkiełka
cnót targanych za uszy
bez informacyjnej nalepki
żeby być ścieżką jak życie drobną
schyloną jak kłosy
przez którą przebiegł Jezus
nieśmiały i bosy
 

1972 r.
ks. Jan Twardowski

Wszystko spoczywa: światło i mrok, księga i kwiat…

image

Sonet XXII

Ciągle gdzieś gnamy.

Lecz czasu krok

to postęp mały

w tym, co trwa wciąż.

Wszystko, co spieszy,

rychło przeminie;

a nas uświęci

trwałość jedynie.

Niech nie porywa

was śmiały lot

ni szybki start.

Wszystko spoczywa:

światło i mrok,

księga i kwiat.
Rainer Maria Rilke

Die Sonette an Orpheus, I/XXII,
przeł. Andrzej Lam

I JEDEN ATOM POWIETRZA ZNÓW DWOJE…

image

…I jeden atom powietrza znów dwoje
naszych spokojnych ust sobą obdzielił,
i jeden spływa na dwie nasze głowy,
obok leżące, promień księżycowy,
i dziś my razem, znów razem oboje,
o czym śnić wczoraj bym się nie ośmielił…
Przed własnym szczęściem tak zdumiony stoję,
jak by mi nagle przed stopą wystrzelił
słup ognia – i szedł w niebieskie sklepienia,
i stał się niebu filarem z płomienia…
Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Scenariusz…

Roberto Ferri Miłość do śmierci
Roberto Ferri Miłość do śmierci

Słońce kładzie kolor na firankach
i gra na różowej błonie ich powiek;
więc nawet gdy śpią, światło kadruje
ostatnie ujęcia ich osobnych snów.
On widzi dziewczynę we wzorzystej opasce na głowę,
schodzącą ścieżką po trudnym zboczu;
rusza za nią, uważając na każdy krok.
Wyobraża sobie spotkanie. Czy ona ma czas?
Czy grzebień, który znalazł wśród skał,
nie należy do niej, i czy tamten odrzutowiec,
znaczący ponad nimi srebrną trajektorię,
nie pobił czasem rekordu wysokości?
Coś go trapi, niemniej jednak
rozwiązuje prosty węzeł opaski
i zboże jej włosów rozsypuje się
z misternie ułożonej kopki. Chyba już
odgadł kolor jej szczoteczki do zębów.

A ona? We śnie ustawia sztalugę przed
mgiełką upału i widzi szczegół wyłaniający się
z oparów popołudnia. Na przykład
te linie, cynkowe dachy ruder,
a może krawędzie tarasów z dzikim winem.
Lub te plamy zieleni; cyprysy rozdzielone
polną drogą bądź ścieżką
wiodącą ku jakiejś budowli na wzgórzu:
stacji lub klasztorowi.
Jej pędzel naśladuje pewność.
Gdy nadchodzi chłopiec z oliwkową skórą,
ona pyta o kurz, który nigdy nie opada,
i za pomocą znaków i łamanej angielszczyzny
tłumaczy mu, jak kurz kreśli pęknięcia na jej dłoniach.
Tutaj perz nie skropi jej miękkich, skórzanych butów
białą wydzieliną, myśli sobie. Nie tutaj koniczyna.

Po przebudzeniu wkładają najluźniejsze ubrania,
i bez śniadania idą na korty tenisowe.
Tłumaczy jej, że codziennie jest słońce,
ale pokrywa chmur psuje pogodę. Ona ocenia
te dni na takie, kiedy ma się najmniej obiekcji
wobec perspektywy wyjazdu pod żagle z rodzicami.
Są najbliżej momentu, kiedy mówi się,
co to znaczy wylecieć na świat.
Tak zmęczeni, że nie chce im się nawet ćwiczyć, spacerują
i ścinają tarczę zegarową każdego dmuchawca
otwartymi rakietami, za to nasionka
opadają powoli jak spadochrony: najmniejszy wysiłek
wydaje się przy nich stratą czasu.
Dotykają się dłońmi, splatają palce, uśmiechają się;
nieświadomi osobnych nocy
czują ciepło drugiej skóry.

Simon Armitage

tłum. Jacek Gutorow

Pozostać…

Carlos Barahona Possolo Venus i Vulcan
Carlos Barahona Possolo Venus i Vulcan

Pozostać

I

Jesteśmy w starym domu
pełnym książek
obrazów i nut i słów
drzemiących w wierszach i
światłocieni zerkających nieśmiało
i muzyki spływającej powoli
kropelkami potu
po naszych nagich ciałach

Leżymy w przejmującej ciszy
szczęśliwi ufni w swej nagości
wpatrzeni w siebie
wsłuchani
zmęczeni fizyczną miłością
bez reszty oddani sobie
myślimy oboje o tym samym
by pozostać na zawsze
w tym starym domu pełnym
książek obrazów i nut

II

W tym starym domu pełnym
książek i snów z przeszłości
usiądziemy obok siebie
bardzo blisko położę dłoń
na twojej i
zaczniemy rozmowę długą długą
nie kończącą się o miłości
i życiu
samotności łzach wylanych przez lata
i promykach nadziei i jeszcze
o wielu wielu innych rzeczach
pocałuj mnie mówisz pocałuj mnie
otul ramieniem zasłoń niebo
ciemne pozwól mi zasnąć
w twych ramionach
i obudzić się wraz z pierwszym
spojrzeniem słońca na ziemię
dzisiaj jutro chcę być twoim deszczem
obmyć cię całego łzami
ze szczęścia pragnę cię pieścić do
bólu do szaleństwa
a ja najdroższa chyba cię dzisiaj
na śmierć zapieszczę

III

Już późno kochana pora spać
a nam się usta nie zamykają
tak chce się gadać i gadać bez końca
pieścić całować słowami
a one – patrz – wcale jeszcze
nie są wyświechtane
– kocham cię – jak świeżo i oryginalnie
to brzmi
– pragnę cię – o jakie piękne słowa
nigdy wcześniej takich nie słyszałam
i ja też nie słyszałem i nie wiem
skąd nagle
urodziły się w mojej głowie
kochaj mnie pieść całuj nimi
tak mi dobrze miło i bezpiecznie
pieść mnie nimi nie przerywaj
pieść mnie pieść
jeszcze

IV

Tak pędzisz na tym swoim rowerze
rowerze pożądania i spragnionej miłości
a ja siedzę i czekam pazury obgryzam
w samotności

Pospiesz się nie chcę już wokół siebie
pustki nie chcę słuchać przejmującej ciszy
łez ukradkiem dusić

Chcę ciebie blisko z rozwianymi na wietrze włosami
z ramionami wiszącymi na mojej szyi
chcę widzieć twoją twarz roześmianą
odbitą w filiżance porannej herbaty
chcę twoje piersi tulić i całować łono
nie mów że to niemoralne i że za wcześnie
chcę cię całą nagą i ubraną
w jesienne liście i owoce

Tak pozostać do rana i dalej jeszcze
jak najdalej od realnego świtu i
zasmarkanego świata

Ryszard Mierzejewski